
Co to takiego, ten stos żółtych kartek? Makulatura do wyniesienia na śmietnik? Papierzyska na podpałkę? Nie, to moja najulubieńsza książka z dzieciństwa! Zaczytana do granic możliwości.

Z samego jej obecnego stanu możecie wywnioskować, że była intensywnie czytana (mimo, że zawsze byłam grzeczną dziewczynką i używałam książek z szacunkiem, rozkleiła się z wdziękiem taniej, klejonej książki rocznik 80 parę i już parę lat temu pan introligator orzekł, że jest nie do uratowania). Zresztą mam ją na podorędziu do dziś, bo w takie coraz krótsze, ciemniejsze i coraz bardziej deszczowe dni lubię do niej wracać i zanurzać się w świat, gdzie jest Jezioro Lśniących Wód, Aleja Zakochanych, Dolina Fiołków, gdzie jada się podwieczorki z domowym ciastem i sokiem owocowym, gdzie jest cicho i spokojnie, a wielki zły świat istnieje sobie na tyle daleko, że tu największą tragedią są krople walerianowe dodane przez omyłkę do ciasta czy włosy ufarbowane na zielono. Słowem - do świata dorastającej dziewczynki. Nie jestem dziś w stanie ocenić, na ile jestem (byłam?) do Ani po prostu podobna, a na ile przez książkę tę ukształtowana, ale jedno jest pewne - jest to zdecydowanie książka mojego dzieciństwa, a do takich rzeczy lubi się wracać:) Jak do bloku czekoladowego, którego, swoją drogą, nie jadłam od, ho ho, lat.
Innymi książkami-terapeutami są dla mnie książki z kultowej serii Małgorzaty Musierowicz. Sięgam po nie zwłaszcza w okolicach Bożego Narodzenia, może dlatego, że kojarzą mi się z jedzeniem;) Na frustracje damsko-męskie zawsze pomaga wieczór z głupiutką Bridget Jones. Ostatni "rozpad pożycia" przeżyłam z Mikołajkiem i jego kumplami. Mówiąc krótko, szala zwycięstwa przechyla się zdecydowanie w kierunku książek dla dzieci i młodzieży:)
A Wy? Lubicie wracać po wielokroć do raz przeczytanych książek? Macie swoich książkowych terapeutów na różne dolegliwości i kompanów na różne pory roku?


